W sprzedaży:
15677 tytułów

Żegnając Zbigniewa Brzezińskiego, 2017-06-10 18:42:53


 

- Nie był mistrzem dyplomacji, ale był mistrzem negocjacji – podsumował Go, chyba najtrafniej ze wszystkich, jeden z bliskich współpracowników.


Pamiętam, że gdy pierwszy raz usłyszałem "You Are So Beautiful" w wykonaniu Joe Cockera - przez myśl przemknęło:
- Ile piwa trzeba wypić, żeby mieć taki głos… 
Natomiast, gdy po raz pierwszy dotarło do mnie charakterystyczne, niepowtarzalne i chropowate brzmienie głosu Brzezińskiego, zwyczajnie zaniemówiłem i zabrakło mi porównań.

Wczoraj w katedrze  świętego Mateusza Apostoła w Waszyngtonie pożegnano Zbigniewa Brzezińskiego. Jak sam o sobie zwykł mawiać  – Amerykanina polskiego pochodzenia.

Człowieka będącego wraz z Karolem Wojtyłą najprawdopodobniej jednym z dwóch Polaków, którzy najefektywniej przyczynili się do zapaści i rozkładu bloku komunistycznego.

 


Dawid Ignatius zapytany o charakterystykę Brzezińskiego stwierdził:
- Gdy już podjął decyzję, nie roztrząsał jej.

Henry Kissinger, którego relacje z Brzezińskim cechowały się chwilami burzliwie, powiedział o Nim coś niezwykle znamiennego:
- Zalicza się do osób względem, których mam pewność, że zawsze postępują właściwie. Zatem, jeśli się nie zgadzamy, daje mi to do myślenia.
A potem dodał już z bardziej zasępioną miną:
- Gdy się ze mną nie zgadzał… zwykle się myliłem.
Ciekawe jak wielu innych doczekało się pochwały podobnego formatu od tak oszczędnego w ich przyznawaniu guru, jakim jest Kissinger.

 

 

Dawni współpracownicy podkreślają, że w czasach, gdy wszyscy (w USA, w Polsce, wszędzie) uważali, iż komunizm będzie funkcjonował jeszcze bardzo długo, Brzeziński jasno stwierdził, że to się musi niebawem rozpaść. Mówił tak na wykładach i twardo bronił swoich racji, także wówczas, gdy konfrontował się z krytyką zaangażowania amerykańskiego w wojnę w Wietnamie. Jako wykładowca – politolog, widząc fascynację wielu studentów amerykańskich Rosją Radziecką i jej ustrojem w latach 70-tych, zabierał na wykłady jej poświęcone… pałkę pożyczoną od kolegi, tytułem wzmocnienia przekazu o państwie miłującym pokój.

- Skupiłem się na wpływaniu na bieg wypadków a nie tylko na ich analizowaniu.   

W 1977r. został w administracji Cartera doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego. Rok później nadeszło wsparcie. Polaka obwołano papieżem i obaj panowie z kopyta ruszyli „nieść ewangelię" tam, gdzie najbardziej jej wypatrywano. Wojtyła mówił o „duchu tej ziemi" i komuniści zaczęli z narastającą konsternacją odnotowywać – jak wielu Go słucha. Brzeziński przy okazji wypadu do Afganistanu i Pakistanu, poczas zaaranżowanego spotkania z Mudżahedinami, pytał o kierunki świata, a gdy wskazano Mu wschód, ostentacyjnie markował złożenie się do strzału kierując tam trzymany w rękach kaem.

 


To nie było jakieś tam tylko udawanie. Dla Rosji zaczęły się prawdziwe kłopoty, na które nie była ani trochę gotowa, zaprzątnięta niesieniem dobrobytu państwom z nią sprzymierzonym…
Najpierw wręcz wymusił a potem czynnie wsparł zwiększenie nakładów finansowych na Radio Wolna Europa i Radio Swoboda. Wbijał do głowy wszystkim ze swego otoczenia, aby za fundament przyjętej taktyki obrać wsparcie dla nierosyjskich narodów Związku Radzieckiego. Jimmy Carter wahając się w obliczu tak radykalnej polityki przesłał mu kopertę zawierającą pamiętne zdanie:

- Czy ty nie wiesz kiedy należy przestać?!

Nie przestał. Lobbował otwarcie i zakulisowo. Gdy trzeba straszył i groził. Gdy trzeba dogadywał się na zimno z kim trzeba. Poruszał fundusze, załatwiał wsparcie.

Był chłodnym, pozbawionym emocji mózgiem operacji, wyliczającym krok po kroku trasę, przebieg i szybkość walca sunącego nieubłaganie w stronę Kraju Rad. Wojtyła dbał o morale. Brzeziński o zasilanie bębna z amunicją.

Jak w dowcipie o Indianach gromadzących opał na zimę. Nad ZSRR nadciągała ciężka zima, a tu nawet chrustu zaczynało powoli brakować, nie mówią już o centralnym ogrzewaniu…

 


Gdy generał Jaruzelski słał prośby o bratnią pomoc przeszacowując wpływy Solidarności a Kreml wahał się licząc strącane przez stingery śmigłowce w Afganistanie, Brzeziński wysyłał w eter jasne sygnały. Wejście Rosjan do Polski wywoła określoną reakcję.
Nie będzie powtórki z Monachium. Nie będzie drugiej Jałty.

Kiedy Rosjanie witali Go na lotnisku, gdy jechał do Katynia złożyć hołd pomordowanym, zaaranżowali zwyczajową dla siebie ciuciubabkę, w którą dotąd dawała się wciągać większość amerykańskich oficjeli. Brzeziński nauczył ich czegoś nowego, demonstrując znaczenie zwrotu - bezkompromisowy. Na wręczony Mu wieniec z przygotowaną informacją obarczającą za zbrodnię Niemców – Brzeziński zareagował z chłodną, wykalkulowaną wściekłością. W milczeniu zażądał kartki papieru, którą wsunął w miejsce szarfy z kłamliwym napisem. Potem stanął z wieńcem i pozwolił, aby zdjęcia poszły, dzięki licznym reporterom w świat. Skreślone na kartce piórem słowa informowały o hołdzie oddawanym ofiarom zgładzonym przez NKWD a nie Einsatzgruppen.

Jak wspominał jeden z obserwujących całą sytuację komentatorów ze strony amerykańskiej: rosyjska delegacja będąca świadkiem opisanej sceny, przypominała przez resztę wizyty zorganizowaną grupę wycieczkową świadomą przyznanych im biletów na Sybir, w nagrodę za dopuszczenie do sytuacji, która nie miała prawa się wydarzyć.

 


Pomógł walnie w wejściu Polski do NATO. Wcześniej zaproponowano Mu start w wyborach prezydenckich i dość pewną w Polsce, zadaniem wielu - prezydenturę. Wykazał się wówczas przypuszczalnie największą w życiu roztropnością i grzecznie odmówił, unikając miny, na której poderwał się ochoczo Lech Wałęsa.   
Mówił prosto z mostu, także – rzeczy niepopularne. Miał ogromne wyczucie propagandy. 

Gdy w 1978r. prowadził negocjacje w Camp David rozegrała się słynna partia szachów między Brzezińskim a Menachem Beginem, premierem Izraela. Trafił tu swój na swego. Begin rozkładając figury stwierdził, że chętnie zagra, ale wynik partii jest do przewidzenia, gdyż:

- Ostatni raz grałem w szachy w 1940r. w Wilnie i podczas gry aresztowało mnie NKWD.
- No tak – wspominał Brzeziński – to teraz, jak ja z nim przegram po prawie 40 latach przerwy, to dopiero będzie wizerunkowo porażka… 
Z niewdzięcznej roli wybawiła naszego championa - żona Begina, która niespodziewanie wchodząc do pokoju rzuciła do pochylonych nad szachownicą panów:
- Gracie w szachy? To świetnie.  Mąż każdą wolną chwilę spędza pochylony nad szachami…

Dyplomaci są niczym saperzy stawiający wokół siebie zasieki i pola minowe. Prawdziwe i pozorowane. Do ich rozróżnienia i sforsowania potrzebne jest zarówno szczęście, jak i doświadczenie. Brzeziński posiadał w wystarczającej ilości jedno i drugie.

 


Gdy negocjacje stawały w martwym punkcie, po którym ludzie innego formatu wstali by od stołu rozchodząc się w złości, miał zwyczaj rozładowywać atmosferę i przełamywać impas legendarnymi zwrotami, które natychmiast przechodziły do annałów dyplomacji:

- Mamy odmienne zdania, ale nie ma między nami niezgody? Zgadzacie się? – pauza – Świetnie! To mamy postęp.
Bomba była rozbrajana…

Odszedł wielki negocjator, mąż stanu, głowa rodziny, osoba zdeterminowana w tym co robiła i człowiek mocno zasłużony dla dwóch krajów. Możliwe, że takich jak On już nie ma.
W czasach, gdy szukamy swojej tożsamości i potrafimy niekiedy niestety robić z niej źródło konfliktów, należało by w odniesieniu do osoby Zbigniewa Brzezińskiego pielęgnować trzy rzeczy:
Docenić Jego dokonania, pamiętać o Nim i brać Go za wzór.

Ku refleksji,
jabu
(zdjęcia: Internet, zbiory własne).